Aurora i Mortycja

niedziela, 27.maja.2012, 21:32

Dziewczynki aż się wzdrygnęły. Przy regale, za którym znajdowało się przejście do innych pokoi stała czarnowłosa kobieta o zielonych, kocich oczach.
- Ciocia Mortycja?! - zdziwiła się Selena.
- Co ty tutaj robisz? - zapytała Orla. - Przecież powinnaś być w Beauxbatons...
Spojrzała na nią podejrzliwie.
Mortycja Ferris podeszła do biurka i nalała sobie herbaty.
- Postanowiłam wziąć roczny urlop i dla odmiany pouczyć trochę w Hogwarcie - odparła spokojnie. - Nie masz kawy? - dodała, patrząc na siostrę.
- Idź do kuchni i poproś skrzaty domowe. - Gdyby ciocia Minerwa tak spojrzała na nią, Orla natychmiast zwiałaby do Aurory. - Przynajmniej nie będziesz mi się pałętać po gabinecie.
- Moja droga, gdybyś zadbała o to, żeby u mnie nie było bogina, w ogóle nie musiałabyś mnie oglądać.
Bogin był widmem przybierającym postać tego, czego akurat ktoś w danej chwili się boi.
- Myślałam, że masz uczyć obrony przed czarną magią - warknęła Minerwa McGonagall. - Powinnaś sobie z nim poradzić.
- Wczoraj mi się nie chciało. Dzisiaj to zrobię. - Ciocia Mortycja spojrzała na zdumione dziewczynki. - Ale wyrosłyście. To o czym mieliśmy rozmawiać...? Ach, tak, o Landrze Navarro. Była na roku z ciocią Minerwą w Hogwarcie. Tyle, że w Ravenclawie. Bardzo uzdolniona uczennica...
- Nie wygląda na tyle - Selena pokręciła głową, wpatrując się w ciocię Minerwę.
- Tyle czego?
- Na tyle lat - mruknęła pod nosem.
Ciocia Mortycja wybuchła śmiechem.
- Rzeczywiście, nie wygląda... Minerwo, mówiłam ci już, że w grudniu z dziewczynkami i z Albusem, być może też z Aurorą, jedziemy do Landry na ślub Elizy?
Ciocia Minerwa na chwilę zaniemówiła, a rzadko jej się to zdarzało. Wyglądało to tak, jakby dopiero co wstała i nie wszystko do niej docierało. Po chwili wyraźnie było widać, że jest zła nie na żarty. Oddychała ciężko, aby się opanować.
- Landra i Albus... To znaczy - szybko się zreflektowała - Eliza wychodzi za mąż? Za kogo?
- Navarrowie dorwali dla niej jakiegoś owdowiałego, bogatego hrabiego. Jak widzę, nie poinformowali cię - odparła niewinnie ciocia Mortycja, zaglądając do dzbanka i sprawdzając, czy zostało w nim jeszcze trochę herbaty. - Tak naciskaliście na biedną Landrę, że musiała w końcu zareagować. Nie powinnam się dziwić, że nie zostałaś zaproszona.
- O Landrze można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest biedna.
- Masz może croissanty? - zapytała Mortycja Ferris, ignorując uwagę siostry.
- Może, zamiast mi ją tak bardzo przypominać, poszłabyś zająć się tym boginem? - rzuciła szorstko ciocia Minerwa. - W razie gdybyś zapomniała, dzisiaj zaczynają się normalne lekcje.
- Chyba pójdę z dziewczynkami do Aurory. Może ona ma kawę. Coś mi się wydaje, że nie jesteś dzisiaj w nastroju do siostrzanych pogawędek.
Wyprowadziła Orlę i Selenę z gabinetu tak szybko, że nawet nie zdążyły pomachać na pożegnanie.
- Aurora chyba jeszcze śpi - rzuciła smutno Orla, gdy jej matka chrzestna poprowadziła je w stronę wieży astronomicznej.
- W takim razie ją obudzimy - stwierdziła ciocia Mortycja. - Kto to widział spać, kiedy my jesteśmy już na nogach. Minerwa od wczoraj jest na mnie nafukana. Nie rozumiem dlaczego...
Bardzo różniła się od swojej siostry. Była pełna życia i często się śmiała. Pewna siebie, robiła to co chciała, a nie to co wypada.
- A co zrobiłaś? - dopytała Selena.
Same miały już niemałe doświadczenie, jeśli chodzi o to, co wyprowadza ciocię z równowagi. Choć Minerwa McGonagall bardzo się o nie troszczyła, nie raz zmyła im głowę, gdy coś przeskrobały.
- Wiele rzeczy - odparła Mortycja Ferris z delikatnym uśmiechem. - Chyba najbardziej rozzłościło ją to, że powitałam pierwszorocznych. Ona uważa, że ten przywilej tylko jej się należy.
- Co zrobiłaś?! - zapytały równocześnie dziewczynki i wybuchły śmiechem.
Nic dziwnego, że ciocia Minerwa się złościła. Nie lubiła, gdy ktoś wchodzi w jej kompetencje. Do dzisiaj pamiętały jak wściekła była na Severusa Snape'a za to, że próbował ukarać kilku Gryfonów za "niewłaściwe zachowanie" w Hogsmeade. W rozumieniu Minerwy McGonagall, każdy musiał znać swoje miejsce.
- Powitałam pierwszorocznych. Od dziecka chciałam to zrobić. Raz prawie mi się udało.
- Zapomniałam ci opowiedzieć, co ciocia zrobiła w wakacje! - wykrzyknęła Selena, gdy nieco się opanowała.
- Co takiego?
- Wyleciała z kominka – wyjaśniła, bardzo z siebie dumna, dziewczynka.
- Jak to wyleciała? - zapytała Mortycja z trudem powstrzymując śmiech.
I Selena opowiedziała jej o ich wyprawie do domu Potterów, o tym jak Orla zemdlała i jak zrobiło się zamieszanie.
- A to rogogony węgierskie! - wykrzyknęła ciocia, gdy opowieść dobiegła końca. - Powiedziały mi wszystko, ale to co najciekawsze przemilczały. Zaraz się dowiem dlaczego.
Zatrzymały się u stóp kamiennych schodów, prowadzących na wieżę astronomiczną. Z oddali dochodziły głosy pierwszych, zmierzających na śniadanie uczniów. Przez małe okna wpadały promienie porannego, jesiennego słońca. Na ścianie wisiała płaskorzeźba, przedstawiająca układ planetarny. Mortycja Ferris przyjrzała się jej dokładnie.
- No dobrze - podsumowała te oględziny - kto potrafi sobie z tym poradzić?
Spojrzała z powątpiewaniem na dziewczynki. Orla uśmiechnęła się promiennie:
- Razem damy sobie radę - odpowiedziała i zabrała się ochoczo do pracy.
Wkrótce przyłączyła się do niej Selena. Niewiarygodne było to, jak dziecko w jej wieku mogło interesować się astronomią. Zimą całe wieczory potrafiła spędzać przy teleskopie stojącym obok okna w ich pokoju, wpatrując się w gwiazdy. Kiedy tylko nauczyła się czytać, zaczęła znosić z biblioteki książki o fascynującej ją tematyce, z wypiekami na policzkach przeglądała kolejne, nierzadko ruszające się ilustracje i zamęczała Orlę odczytywaniem fragmentów, które chciała zapamiętać. A żeby wejść do pomieszczeń, w których mieszkała Aurora bez pukania, trzeba było na tej płaskorzeźbie ułożyć prawidłowo układ planet. Sama Orla, ze względu na zażyłość z macochą, też coś na ten temat wiedziała.
Uczucie to było dość dziwne. Dotykać chłodnych, barwnych powierzchni Marsa i Urana, planet, pod których dobroczynnym czy też destrukcyjnym, jak twierdziła nauczająca w Hogwarcie ciocia Sybilla, wpływem się urodziła. Przesuwać na właściwe miejsce Wenus i Ziemię, czuć jak poddają się ruchom małych rąk. Delikatnych i silnych zarazem.
Gdyby wszystko było tak proste. Gdyby wystarczył jeden gest, aby móc dostać to, czego się pragnie...
Saturn jako ostatni trafił na swoje miejsce. Dało się słyszeć szczęknięcie zamka w ścianie, a Słońce zmieniło się w klamkę:
- No proszę, teraz już wiem, co Albus miał na myśli mówiąc, że w pojedynkę jesteście bezbronne - podsumowała ciocia Mortycja, obracając gałkę, aby wejść do środka.
Co dziwne, Aurora już nie spała. Siedziała na kanapie w długim, białym, połyskującym szlafroku uważnie studiując bardzo długi list. Na ich widok uśmiechnęła się i ledwo zdążyła odłożyć pergamin, aby złapać Orlę, która jak zawsze rzuciła jej się na szyję na powitanie.
- A jednak już wstałaś - zaśmiała się ciocia Mortycja.
- Moja droga, znam cię na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że zjawisz się tutaj z samego rana - odparła Aurora z trudem powstrzymując śmiech. - Zaraz... Jak to było...
- Dlaczego inni mają spać, jeśli ja już wstałam - powtórzyły chórem Selena i Orla, stając z powrotem na ziemi.
- Świetnie. A kawę już zaparzyłaś? - W zielonych oczach Mortycji Ferris pojawiły się iskierki rozbawienia.
- Stoi w kuchni...
Orla rozejrzała się po pomieszczeniu. Wszystko było tak samo jak trzy miesiące temu, kiedy wyjeżdżały na wakacje. Aurora nie lubiła zmian. Kanapa i fotel na środku pokoju przy niskim, kwadratowym stoliku kawowym. Pomiędzy nimi etażerka ze staromodną lampą. Naprzeciwko kamienny kominek, na którym w ramkach stały fotografie najbliższych Aurorze osób. Obok niego wiklinowy koszyk, w którym w tej chwili smacznie spał czarny kocur. W rogu półki z książkami i starodawny globus w kolorze sepii. Również tutaj pod oknem stał ogromny, złoty teleskop, ale Orla wiedziała, że Aurora rzadko go używa.
Kuchenka była malutkim pomieszczeniem, do którego wchodziło się po trzech drewnianych schodkach, przez półokrągłe, pozbawione drzwi wejście. Pomiędzy kilkoma rustykalnymi szafkami, zmywaka i pieca z trudem mieściły się dwie dorosłe osoby. Za to przez malutkie okno rozciągał się zniewalający widok na jezioro i otaczające je, soczyście zielone, szkockie góry.
Pozostałe dwoje drzwi z głównego pokoju prowadziło do łazienki i gabinetu, w którym profesor astronomii od czasu do czasu przyjmowała nieporadnych uczniów, udzielając im korepetycji, poprawiając błędy w wypracowaniach i tłumacząc interesujące ich zjawiska, niemieszczące się w programie nauczania Hogwartu.
- Aurora... Jak się nazywa ten skrzat... Wiesz, ten, co to go Landra odesłała do Hogwartu, żeby opiekował się Gracią... - Ciocia Mortycja wychyliła głowę z kuchni.
- Mazgaj - podsunęła Aurora.
Rozległo się ciche pyknięcie i przy kominku natychmiast pojawił się zaaferowany skrzat domowy w pośpiechu poprawiając udrapowaną w togę chusteczkę z godłem Hogwartu. Aurora aż podskoczyła. Skłonił się przed nią nisko, niemal uderzając długim nosem w podłogę:
- Czym mogę służyć, pani profesor? - zaskrzeczał.
- Eee... - Aurora spojrzała błagalnie na ciocię.
- Powiedz mu, że chcemy croissanty. Z czekoladą - podpowiedziała szybko. - Skoro zaczęłam wkurzać Minerwę to skończę w tym samym stylu.
- Słyszałeś - zwróciła się Aurora do Mazgaja. - I jeśli byłbyś tak miły, to jeszcze kakao dla Orli i Seleny...
- Da się zrobić...
- Mazgaj! - zatrzymała go ciocia w chwili, gdy jedną nogą był już w kominku. - Rogale z czekoladą zanieś też do gabinetu profesor McGonagall. Jakby was przyłapała, to mówcie, że to prezent powitalny od siostry.
- Tak jest! - skrzat zasalutował i zniknął.
Ciocia Mortycja uśmiechnęła się pod nosem:
- To chyba najbardziej bezczelna z tych bestii w Hogwarcie - powiedziała, znosząc tacę z czterema filiżankami i dzbankiem kawy. - Nawet, gdy mieszkałam tutaj jako dziecko, zawsze udawało mi się go namówić do czegoś, co nie spodobałoby się Minerwie. Nawet nie próbował się ukarać.
- To na pewno ta hiszpańska krew - podsumowała Aurora.
- Katalońska - poprawiła ją ciocia Mortycja i obie zaczęły się śmiać.
Orla i Selena popatrzyły na siebie oniemiałe. Nic z tego nie rozumiały. Dwie dorosłe kobiety, zachowujące się jak dzieci. W tym momencie do pokoju wparowali Głupol i Obsów, w oka mgnieniu skłonili się przed dziewczynkami, ustawili na stole dzbanek z kakao i talerz z ciepłymi jeszcze croissantami i podobnie jak Mazgaj wcześniej, zniknęli w kominku.
Aurora z trudem powstrzymała śmiech i otarła łzy rozbawienia. Zaczęła rozlewać napoje do filiżanek.
- Rozmawiałaś już z Andreasem? - zapytała Aurora, starając się przybrać poważny wyraz twarzy.
Andreas Ferris był mężem cioci Mortycji. Pracował jako aktor w czarodziejskim teatrze w Bordeaux, a jak dziewczynki wiedziały, karierę sceniczną zaczynał w Wielkiej Brytanii, grając w jednym spektaklu z macochą Aurory.
- A o czym? - zdumiała się ciocia, sięgając po filiżankę.
- No... Nie wiem... - zmieszała się Aurora. - O tym, że dotarłaś do Hogwartu, zapytać jak dzieci...
- Moja droga, moje dzieci są przyzwyczajone, że od września mnie nie ma w domu - wyłożyła ciocia. - Poza tym ja, w przeciwieństwie do co niektórych z nas - dodała z naciskiem - nie muszę mieć stale na oku swoich piskląt.
I temat był wyczerpany.
Orla sięgnęła po jeden z rogalików, słońce było coraz wyżej, co oznaczało, że najwyższa pora na śniadanie. Gęsta czekolada, aż wypływała z francuskiego ciasta. Dawno czegoś tak dobrego nie jadła.
- Widzę, że Mazgaj nadal niepodzielnie sprawuje władzę w kuchni - podsumowała pierwszy kęs Mortycja Ferris. - Są naprawdę wyborne. Niby to specjalność moich żabojadów, a tak ich przygotować nie potrafią.
- Za to specjalność Mazgaja to zarządzanie innymi skrzatami - mruknęła Aurora. - Nawet Albus już się śmieje, że ściąga z jego głowy wiele niepotrzebnych problemów...
- Gdyby moja siostra to słyszała! - wtrąciła ciocia. - Skrzat Landry...
- Nie pamiętam już nawet dlaczego go tak nazwali...
- Jak to nie pamiętasz?! - przerwała Aurorze przyjaciółka. - Przecież tyle razy Ci powtarzałam. Gdy Alejandro sprezentował go Landrze pod choinkę, był jeszcze mały. Przez pierwszych kilka miesięcy tylko ryczał i nie było z niego żadnego pożytku. Landra i tak musiała wszystko robić sama. Przyznaję, że wyrobił się przez tych trzydzieści lat z hakiem...
- Ja czegoś nie rozumiem - wtrąciła się Orla. - Cały czas opowiadacie o tej Landrze, a my nawet nie wiemy skąd się znacie i kim ona w ogóle jest...
Utkwiła błagalne spojrzenie w Aurorze. Macocha uśmiechnęła się:
- Ja pierwszy raz spotkałam ją gdy miałam dwanaście lat. W Hiszpanii...
- A coś ty robiła w Hiszpanii? - nie wytrzymała Selena.
- Na festiwalu teatralnym w wakacje Daniela grała tam "Sen nocy letniej". Zabrała mnie ze sobą - wyjaśniła Aurora. - Mortycja też tam była...
- Z tym, że ja wymogłam na swojej ciotce Odzie, żeby mnie zabrała - wtrąciła. - Ciotka była charakteryzatorką w operze, ale zastąpiła teatralną, której akurat zachciało się rodzić dzieci... A ja słyszałam, że w Hiszpanii można latać na dywanach i strasznie chciałam to sprawdzić...
- I Andreas też tam był - przypomniała sobie Aurora. - Grał Puka i...
- Nigdy nie zapomnę go w tych zielono-żółtych gatkach! - wybuchła śmiechem ciocia Mortycja.
- Ale do rzeczy - ponagliła je Orla. - Pojechałyście do Hiszpanii i co?
- I było strasznie gorąco - ciocia wciąż nie mogła się powstrzymać.
- Czarodziejski teatr jest tam na terenach należących do Ministerstwa Magii, na obrzeżach Barcelony. Obok kawiarnie, sklepy, piękne ogrody... - Aurora chyba trochę za bardzo się rozmarzyła.
- I była pewna aktorka, która strasznie działała nam na nerwy - podjęła opowieść ciocia Mortycja. - I postanowiliśmy z Aurorą i Gilderoyem...
- Z tym Gilderoyem, który zawsze chce się z tobą umówić? - Orla spojrzała na macochę.
- Tak - przyznała Aurora. - Jego ojciec wyreżyserował ten spektakl, a Viola, jego matka, grała Tytanię.
- Nie przerywajcie mi - zbeształa je Mortycja Ferris. - Więc... postanowiliśmy wpuścić tamtej aktorce do garderoby jednego ze spacerujących po okolicy pawi...
- Pawie pióro w teatrze przynosi pecha - uzupełniła Aurora.
Ciocia rzuciła jej mordercze spojrzenie.
- I nasze poczynania obserwowała Landra, która zamiast pracować, siedziała sobie z przyjaciółką w pobliskiej kawiarence...
- Dopiero we wrześniu okazało się, że będzie nas uczyła obrony przed czarną magią. Dzięki finałowi akcji z pawiem, nasz trójka była jej ulubieńcami. Mówiła na nas „moje pawiany”...
Znów wybuchły śmiechem, ale tym razem śmiały się również Orla i Selena. Bo co wspólnego ma paw z pawianem?
- Ale ja o Landrze słyszałam już wcześniej - przyznała po chwili ciocia. - To zmora z przeszłości mojej siostry. Mój brat twierdzi, że nawet jej bogin ma postać Landry...
- Ale jak to... - wyjąkała Orla.
- Alegoria wszystkiego co najgorsze w jej życiu - wyjaśniła szybko Aurora. - To prawdopodobne.
- W Culzean mieliśmy dwa skrzaty domowe: Helmuta i Landradę - tłumaczyła ciocia. - Na tego drugiego Minerwa zawsze mówiła Landra. Kiedyś namówiłam brata, żeby mi to wyjaśnił. I cały czerwony na twarzy opowiedział mi historię ich znajomość. Z resztą bardzo ciekawą... Najpierw rywalizowały ze sobą w szkole. Potem, kilka lat przed moimi narodzinami, o względy Albusa Dumbledore'a. To znaczy, moja siostra rywalizowała...
- Co?! - Selena i Orla wytrzeszczyła na nią oczy.
- Ludzie w Hogsmeade mówili, że Landra się z nim... spotyka...
- Albo, że spotyka się z Aberforthem - dodała Aurora.
- Albo z jednym i z drugim.
- MORTYCJA! - oburzyła się Aurora.
- No co? Przecież nie powiedziałam, że równocześnie.
W tym momencie rozległo się walenie do drzwi gabinetu macochy. Aurora rzuciła cioci ostrzegawcze spojrzenie i poszła otworzyć.

- Przepraszam - usłyszały znajomy głos Hagrida. - Nie znam się na tamtych kuleczkach. Profesor McGonagall mówiła, że są tutaj dziewczynki.
Jego masywna postać z trudem przecisnęła się za Aurorą przez drzwi do pokoju. Był tak silny, że z łatwością podniósł każdą z dziewczynek jedną ręką i przytulił do siebie, tak mocno, że na chwilę zaparło im dech w piersiach. Wczoraj nie było czasu na porządne powitanie, a i myśli Orli zaprzątnięte były czym innym. Selena, według swojego zwyczaju, pociągnęła go pieszczotliwie za krzaczastą brodę.
- Przez te dwa małe parszywce, niedługo będę miał wyliniałą gębę - mruknął Hagrid, odstawiając je na ziemię i głaszcząc z taką siłą, że nogi się pod nimi ugięły.
Aurora patrzyła na to z niemałym przerażeniem, ale i rozbawieniem.
- Mogę je z sobą zabrać? - zapytał Rubeus Hagrid po tych powitaniach. - Cholibka, chciałbym im coś pokazać.
- Jeśli one nie mają nic przeciwko temu... - uśmiechnęła się Aurora. - Tylko nie dawaj im nic do jedzenia. Są po śniadaniu.
O tak, z "przysmakami" gajowego bywało różnie. Obie pospiesznie wypiły kakao, Orla pocałowała Aurorę w policzek i razem z Seleną ruszyły do wyjścia za Hagridem. Już wczoraj wspominał, że ma im do pokazania coś "ekstra".
- Galopujące gorgony! - usłyszały za sobą głos cioci Mortycji, zanim drzwi się zamknęły. - Za pięć dziewiąta. No trudno, nie zdążę się już zając tym boginem. Trudno.

Orla Black
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: